czwartek, 23 października 2014

wulewudąse?

Voulez, oczywiście, a jeśli w perspektywie jest dużo różu, tiulu i baletki, to już na pewno voulez, i to bardzo.
Urszula co prawda nie miała dzisiaj jeszcze tiulu i różu, ale balety były.









wtorek, 21 października 2014

Paraso z akcentem na o

Ponieważ Urszula uwielbia parasole i parasolki - bez względu na pogodę, zabraliśmy takowy na plener w puszczę. Nie padało, na szczęście jednostki ludzkie tylko się przemykały tu i ówdzie, więc nikt nie miał okazji popatrzeć na nas jak na idiotów. Okazało się, że popełniliśmy błąd taktyczny - wcześniej kupiliśmy Urszuli hula hop, do którego nasza córka się przykleiła, porzuciła parasol, porzuciła wszystko, z nami włącznie; nakłanianie do zmiany zdania skończyło się fochem i ucieczką. Na placu boju zostałam ja, dwa aparaty, parasol, hula hop oraz niejaki Ptysiek.






poniedziałek, 20 października 2014

Babie lato (czyli złota polska i tak dalej - część druga)

Migawki z zeszłego tygodnia, temperatura letnia (mówię o normalnym lecie), słońce jak dzwon, ogólnie szał ciał i uprzęży. Oglądając zdjęcia stwierdziłam, że na większości pęta się jakieś włosie, pajęczyna czy coś innego, ale w którymś momencie przypomniałam sobie, że istnieje coś takiego, jak babie lato, i że właśnie mam okazję to to oglądać, a nawet udało mi się to to uwiecznić.
(Moje osobiste dziecko też skorzystało z tej pogody, ale backstage w innej notce.)




























czwartek, 16 października 2014

Złota polska jesień

mimozami jesień się zaczyna
(reszty chyba cytować nie trzeba)

 ***
Zobacz, ile jesieni!
Pełno jak w cebrze wina,
A to dopiero początek,
Dopiero się zaczyna.  

***

I ostatni kawałek, polecam szczególnie cudzoziemcom ;)
Rozełkała się jesień łzami dżdżu mętnemi,
W mgle zdrętwienia śpią mroczne, zasępione łany...


Zdjęcia są adekwatnie jesienne, złote, polskie, rozełkane łzami dżdżu mętnemi i tak dalej, w tym duchu. 









I powrót do chałupy.


wtorek, 14 października 2014

Koń, jaki jest - każdy widzi

Widziałam, jaki jest koń - ładny, duży i trochę przerażający. Kiedy mając lat dwadzieścia z haczykiem zostałam (nie mając kompletnie żadnego doświadczenia poza okazyjnej jeździe na kucyku w dzieciństwie) posadzona na konia i wypuszczona w teren, po powrocie z tej eskapady orzekłam, że nigdy więcej. Nigdy. NIGDY. N.I.G.D.Y.
I tak oto, z mocnym postanowieniem omijania koni z daleka, trafiłam na warszawski tor wyścigowy. Gdyby nie Ewa i jej córka, zapewne nie trafiłabym tam nigdy, względnie trafiłabym tam w dzień wyścigowy, w tłok, co ostatecznie zniechęciłoby mnie do koni, wyścigów, stajni i Służewca. Na konia i tak nie wsiądę, bo to delikatne stworzenia, ale przebywanie w pobliżu nie przyprawia mnie już o palpitacje.
Moje modelki za to czuły się jak w domu :)